niedziela, 17 października 2010

Księżyce i gwiazda

Z dnia na dzień
on mi się pojawia.
Nie skrywa swych zamiarów
bezsensu i istnienia.

Znów ja wśród
gąszczy sów ukrytych,
co szepczą uporczywie.
Za mną ktoś w ciemności.

Też był tam.
Spojrzał na rozlaną krew
części, co zowią człowieka
istotą społeczną.
Zmiażdżone me zamiary.

I idąc tą płaską drogą
nie widzę mych planów,
a resztki umysłu
zabija mój wiek.
Trzyma jak więźnia.

Spraw społecznych
już nie dziw więcej.
Są one dalekie, czy bliskie...
Sam nie wiem jak
się zachować.

Nie miej zrozumienia.
Przyzwyczaiłem się niestety.
Choć ty byś nie chciał
Ich tolerancji.